Radosław Pyffel – prezes Centrum Studiów Polska Azja, socjolog, doktorant Polskiej Akademii Nauk, stypendysta Uniwersytetu Pekińskiego, konsultant ds. rynku chińskiego, a także przedstawiciel handlowy firm polskich w Chinach i autor szkoleń z zakresu chińskiego biznesu. Autor dwóch książek (“Chiny w roku Olimpiady” i wraz z Joanną Kowalską Iszkowską „Chińska ruletka, Olimpiada i co dalej?) i ponad stu artykułów w polskiej prasie poświęconych Chinom i Azji, m.in. w “Newsweeku”, “Najwyższym Czasie”, “Polska The Times” i kilku publikacji naukowych. Obecnie prowadzi zajęcia w WSE im ks. Józefa Tischnera w Krakowie, a także kilka projektów na terenie Chin. Posługuje się językiem chińskim. Kraje: Chiny, Tajwan, Hong Kong.
Mateusz Byś – polowki.pl: Zdaje się, że pańska obecność, pierwsza wizyta w Chinach nie była przypadkowa. Jak to się stało, że w wieku studenckim, pod koniec lat ’90 znalazł się Pan w Azji?
Radosław Pyffel: To prawda, mój wyjazd do Chin był zaplanowany. Jeszcze przed wyjazdem uczyłem się języka i postanowiłem, że swoją pracę magisterską napiszę o Chinach. Zdecydowałem się na to na III roku studiów (socjologii). Był to koniec lat 90-tych, więc była zupełnie inna atmosfera w Polsce, która marzyła by wejść do UE I NATO. Wszyscy zatem ubiegali się o wyjazdy i stypendia do Europy Zachodniej lub USA. Moi koledzy i koleżanki słysząc, iż wybieram się w przeciwną stronę, pukali się w czoło. Byli przekonani, że będę w Chinach męczony w więzieniu, albo codziennie jadał na obiad psie mięso. W najlepszym wypadku uważano to za dziwaczną fanaberię (śmiech).
Tak się jednak nie stało? Nie jadał Pan psiego mięsa, nie był Pan też męczony w więzieniu?
Psiego mięsa spróbowałem i owszem (śmiech), a nawet węża i karaluchów. Ale to wcale nie tak, że takie rzeczy jada się tam codziennie, jak powiedzmy u nas schabowego. Do więzienia też nie trafiłem dlatego, że nie byłem zainteresowany działalnością polityczną. Gdybym agitował np. za Tybetem, Tajwanem lub prawami człowieka, może miałbym szanse. Ale paradoksalnie to wcale nie jest takie proste. W czasie olimpiady do Pekinu przyjechało wielu amerykańskich studentów, którzy to robili i też im się nie udało. Byli szybko zwijani z ulic i deportowani z Chin. Trzeba tu powiedzieć, że zdecydowana większość Chińczyków jest przeciwna podobnym akcjom obcokrajowców. Uważa je za atak na ich kraj, w najlepszym wypadku jest wobec nich obojętna. Warto też zaznaczyć, że obcokrajowiec jest gościem i właściwie nic mu nie grozi poza deportacją i stemplem w paszporcie, który oznacza wilczy bilet.
Czy trudno było się zaaklimatyzować w Chinach?
Trafiłem do Kantonu, subtropikalnych Chin Południowych. I to było wielkie zaskoczenie, że Chiny mogą tak wyglądać, bo wyobrażałem je sobie zupełnie inaczej. Myślałem, że wyglądają jak z pocztówek z zaśnieżonym chińskim murem. A tymczasem upał, palmy… Najbardziej dokuczała nam nie tyle wysoka temperatura, co wilgotność. Czułem się jak w saunie i trzy razy dziennie brałem prysznic. Zamieszkałem w akademiku na 500 studentów i niestety na początku zdany byłem tylko na komunikację po angielsku. To działało z Europejczykami, Arabami, Afrykańczykami, ale już np. nie z Azjatami, którzy często mówili w tym języku tylko kilka słów. Była to dla mnie lekcja pokory, bo ucząc się trochę chińskiego w Polsce, wydawało mi się, że coś umiem, a nawet o zgrozo, że jestem na poziomie średniozaawansowanym (śmiech). Brałem nawet prywatne lekcje u Chinki, która zawsze ze zrozumieniem potakiwała głową, kiedy coś próbowałem mówić po chińsku. Tymczasem, chociaż znałem wiele słów, nie potrafiłem ich prawidłowo wymówić w tonalnym chińskim języku i nikt nie rozumiał o co mi chodzi. Pierwsze dwa miesiące były więc ciężkim okresem, ale zmobilizowały mnie do intensywnej nauki. Chciałem jak najszybciej opanować język w takim stopniu, aby prowadzić ciekawe rozmowy i lepiej rozumieć egzotyczny, fascynujący świat, w którym się znalazłem.
Właśnie Chiny, w ogóle Azja wciąż są dla nas bardzo egzotyczne i dalekie. Co Pana najbardziej zaskoczyło, zdziwiło w Chinach, w życiu codziennym, w obcowaniu z tamtejszą ludnością i kulturą?
Myślę, że Azja wcale nie jest daleka! Żyjemy w końcu w czasach globalizacji i czasami do Azji czy Chin można szybciej dotrzeć samolotem niż pociągiem czy samochodem, z jednego miejsca w Polsce do drugiego. Poza tym, nasze kontakty z Azjatami już są częste, a będą jeszcze bardziej. Aż w końcu zupełnie spowszednieją. Ale na pewno jest egzotyczna i długo jeszcze będzie… Najbardziej zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że jest tam tak dużo ludzi i takie tłoki, dosłownie wszędzie. Chińczycy będąc w Polsce pytają mnie co się stało na ulicy, dlaczego wszyscy uciekli (śmiech). Po drugie, byłem też zaskoczony otwartością młodych Chińczyków i ich pewną desperacją, by zaprzyjaźniać się z obcokrajowcami i mówić z nimi po angielsku. Wielu w ten sposób chciało po prostu ćwiczyć, by podnosić swoje kwalifikacje i zwiększać szanse na rynku pracy. Ale to było w porządku, gdyż, co kompletnie nas zaskakiwało, szczerze nam o tym mówili (śmiech). Zszokowany jestem także ich etyką pracy, tym, że od małego potrafią pracować po kilkanaście godzin dziennie, a także tym, że większość rozporządzeń rządu dotyczących zachowania na ulicy, przestrzegania niepalenia w miejscach publicznych, ruchu drogowego, jest kompletnie przez Chińczyków olewana. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało (śmiech). W Japonii, gdzie podobnych regulacji surowo się przestrzega, czułem się bardzo ograniczony. W Chinach mogę robić co chce: śmiecić, palić i brudzić. Dopóki wyraźnie nie przeginam i nie zajmuję się polityką jest OK. Paradoksalnie Chińczycy nie cenią obcokrajowców, którzy tak się zachowują (śmiech). Do tego warto nadmienić, że wielu Europejczyków, zwłaszcza tych lubiących porządek i jasne reguły, tego psychicznie nie wytrzymuje. Na przykład mój znajomy z Niemiec miał tego tak dość, że ograniczył swoje kontakty ze światem zewnętrznym do minimum i cały rok spędził zamknięty w swoim apartamencie grając w gry komputerowe.
Trudno sobie wyobrazić pracę kilkanaście godzin dziennie. Jak więc wygląda życie typowego 30-latka w Chinach? Można w ogóle uogólniać i mówić o typowym życiu w tak wielkim i różnorodnym kraju?
Właśnie nie! (śmiech) Często zadaje takie pytania Chińczykom i zawsze słyszę odpowiedź mniej więcej taką: w jakiej części Chin mieszka ten 30-latek?, czy jest z miasta czy ze wsi?, jaką wykonuje pracę? Chiny to olbrzymi kraj i chyba bardziej zróżnicowany od Europy, która przeciecz wciąż nie jest jeszcze państwem. Na różnice historyczne czy kulturowe miedzy prowincjami chińskimi (które są wielkości europejskich państw) i północą i południem, nakładają się olbrzymie różnice ekonomiczne między bogatym Wschodem kraju, interiorem, który dostarcza taniej siły roboczej oraz Zachodem z Tybetem i Ujgurtsanem, które są dopiero integrowane z resztą Chin.
A 30-latek? Jeśli jest bogatym hip-hopowcem z Szanghaju, to popija drinki z Wyborowej (śmiech), bo to teraz kultowa hip-hopowa moda w Szanghaju i okolicach. Na pewno zawala noce oglądając Yao i NBA, a mimo to pracuje kilkanaście godzin dziennie i cały czas myśli o karierze. Jeśli ma dobrze ustawionych rodziców i dobre guanxi (koneksje, układy), to pewnie myśli o kupnie drogiego samochodu, albo jakiejś ciekawej wycieczce zagranicznej ze swoją dziewczyną (śmiech). Jeśli jest 30-latkiem ze wsi, ciężko pracuje w nadmorskiej fabryce i odkłada zarobione grosze (ok. 30 proc swojego dochodu!, a zarabia jakieś 150 usd) i odsyła na wieś do rodziny, żeby mogli wykształcić dzieci, lub zapłacić za opiekę medyczną rodziców, czy starszych członków rodziny. Często też jest odizolowany od swojej rodziny i dzieci (lub dziecka, jako że w Chinach można mieć oficjalnie tylko jedno dziecko), których pozostawił na wsi.
Napisał Pan książkę pt. “Chiny w roku Olimpiady” Mam także świadomość, jak wielkim wydarzeniem i przeżyciem była dla Chińczyków ta impreza sportowa. Czy coś uległo zmianie patrząc na Chiny z perspektywy czasu, będąc już po zawodach?
„Chiny w roku olimpiady” to zapis moich obserwacji, refleksji i spostrzeżeń z okresu poprzedzającego Igrzyska, kiedy tam mieszkałem. Na pewno było to wielkie święto dla wszystkich Chińczyków, niezależnie od regionu i klasy społecznej. Chińczycy, których zagranicą postrzega się często jako biedaków, za wszelką cenę chcieli pokazać się jako kraj prężny, nowoczesny i bogaty. Starali się tak bardzo, że czasem wychodziło to aż zabawnie. To co świadczyłoby na ich niekorzyść, starali się ukrywać itd. Było to jedno wielkie święto jedności i dumy narodowej, do którego przyłączali się ludzie z Hong Kongu, Makao, Azji Wschodniej i nawet USA i Tajwanu. Jedną z twarzy Igrzysk stał się na przykład Jackie Chan, hongkongski aktor. Między innymi dlatego Dalajlama apelował, by nie bojkotować Igrzysk, ale mówić przy okazji o Tybecie. Jak to bywa z hucznymi imprezami, bal się skończył, a życie toczy się dalej (śmiech). Myślę, że Igrzyska miały przede wszystkim wymiar symboliczny, umocniły rząd, który dał ludowi trochę zabawy, podniosły prestiż Chin na arenie międzynarodowej (także bezapelacyjne zwycięstwo w klasyfikacji medalowej). Miały więc duże znaczenie w sferze psychologicznej. Pomijając jednak te czynniki, realnie nic się nie zmieniło, a przed Chinami wiele bardzo skomplikowanych problemów społecznych, o których zresztą nie mówi się zbyt wiele na Zachodzie – olbrzymie różnice w dochodach i nierówności społeczne, problem 200 milionów wędrownych robotników mieszkających od 20 lat w miastach i pozbawionych praw do edukacji i opieki medycznej (de facto w Chinach płatnej), bieda na wsi i wiele innych. Rozwiązanie właśnie tych problemów zadecyduje o przyszłości Chin. Sukces Igrzysk w Pekinie będzie miał na to na pewno pozytywny, ale niewielki i nie decydujący wpływ.
Według mnie aktualnie jesteśmy świadkami pewnego bumu, dużego i rozwijającego się zainteresowania Chinami. W mieście jest coraz więcej restauracji z kuchnią chińską. Także coraz więcej moich znajomych uczy się języka chińskiego. Skąd według Pana to się wzięło, gdzie należy szukać źródeł?
(śmiech) Myślę, że to i tak powinno nastąpić wcześniej. Na Zachodzie ta moda przetoczyła się właśnie 10-15 lat temu. Teraz dociera to do Polski. Trochę mnie to martwi, że naśladujemy te trendy i wszystko co tam jest u nas, prędzej czy później, po prostu się powtarza. Czekam na współczesnego Mikołaja Reja, który powie, że Polacy nie gęsi i mają własną drogę rozwoju (śmiech). A tak na poważnie, myślę że zdecydowały o tym Igrzyska. Wówczas media bardzo zainteresowały się Chinami i pojawiało się nagle wiele informacji o tym kraju, często nie mających żadnego związku ze sportem. Myślę, że wielu ludzi wtedy dostrzegło Chiny i zdało sobie sprawę, że to drugie mocarstwo świata, kraj, który rozwija się najszybciej na świecie, o długiej i bardzo ciekawej historii, dlatego warto znać jego kulturę i język. Jest to słuszne założenie i mam nadzieję, że w Polsce będziemy mieli wielu ludzi, którzy będą ten kraj świetnie znali. Podobnie zresztą jak inne, choćby Indie, Bliski i Daleki Wschód. Wtedy Polska ma szansę w globalizującym się świecie odegrać jakąś rolę, a nie być państwem lokalnym, skazanym tylko na Europę Zachodnia, USA i bliską zagranicę. Chętnie pomogę wszystkim czytelnikom Połówek Pomarańczy w ich chińskich poszukiwaniach.
Czego Pana nauczyły Chiny?
Cierpliwości, współdziałania i życia w grupie, funkcjonowania choć na zasadzie przybysza (białego) w zupełnie w innym świecie, cywilizacji. Ludzie myślą tam zupełnie inaczej, mają wbudowany inny software. Tego nie da się opisać słowami, ale ktoś, kto spędził tam parę lat wie jaki to szok i o czym mówię. Przyjąłem chińskie imię Le Fa Xing, które okazało się być podobne do imienia hongkongskiego aktora kina akcji (więc Chińczycy nazywali mnie Fa Ge). Uświadomiłem sobie także, że … jestem biały (śmiech). W Polsce nie myślimy o sobie jako o przedstawicielach białej rasy, jednak w Chinach tak jesteśmy traktowani. Tam bowiem każdy biały to coś w rodzaju Amerykanina. Ma to wiele zalet i wad. W pewnym momencie przestały mi przeszkadzać ciągłe pozdrowienia i „Hello” wykrzykiwane pod moim adresem kilkunastokrotnie w ciągu dnia i poczułem się w Chinach dość swojsko. Mam wbudowany przełącznik i tam jestem jak jajko: biały na zewnątrz, ale w środku żółty (śmiech).
Co oznacza „Fa Ge”?
Teoretycznie, według chińskiego (konfucjańskiego) ideału, wszyscy stanowią rodzinę, więc ludzie często zwracają się do nieznanych osób: wujku, ciociu, babciu, młodszy bracie, starszy bracie itd., przenosząc niejako relacje rodzinne na relacje społeczne. Ge, to starszy brat, ktoś kto opiekuję się nami, sprawia, że czujemy się bezpiecznie. Fa Ge to zatem starszy brat Fa, a jako że ja w swoim imieniu też mam Fa, tak zostałem starszym bratem Fa, jak właśnie Zhou Yin Fa, bohater Hong kongskiego kina akcji. Niedawno jednak dziewczynka na ulicy zwróciła się do mnie shushu, czyli wujku. To oznacza, że chyba się starzeję (śmiech). Niedługo pewnie będę dziadkiem Fa (śmiech).
Dzięki Panu Chiny są nam nieco bliższe. To wszystko bardzo ciekawe i pociągające. Co poradziłby Pan osobom, które może wahają się przed wyjazdem do tego kraju, bądź są zdecydowane, a jednak będzie to ich pierwszy raz?
Przede wszystkim nie bać się. Jeśli macie otwartą głowę, czekają was fascynujące chwile. Poznacie inny kraj, kulturę cywilizacje, kompletnie odmienne podejście do życia, inną mentalność i wartości. Wówczas i Polska i Europa wydaje się dużo ciekawszym miejscem, bo nic nie jest takie oczywiste jak wygląda. Polecam wszystkim nauczanie angielskiego w Azji. Sami jako Polacy nie zdajemy sobie sprawy jaki tkwi w nas potencjał i jak świetnie sprawdzają się nasi ziomale w tej roli na Dalekim Wschodzie.
Ja też z rożnych powodów wahałem się przed pierwszym wyjazdem, bo to zawsze trudna decyzja, ale niczego nie żałuję. I nie darowałbym sobie, gdybym wtedy podjął inną decyzję i nie przeżył tego, co przeżyłem. Gorąco zachęcam wszystkich do odkrywania Azji i krajów pozaeuropejskich, nie tylko Chin. Naprawdę warto!
O samych Chinach i nie tylko można dowiedzieć się więcej na internetowej stronie Centrum Studiów Polska-Azja. Pan Radosław Pyffel wchodzi w skład tamtejszych ekspertów i współtwórców. Dzięki Centrum można m.in. przyczynić się do rozwoju wiedzy na temat Azji w Polsce, a także uzyskać pomoc i nawiązać współpracę biznesową na rynku chińskim.
Mateusz Byś




