„Zaćmienie” kończy trylogię Antonioniego poświęconą miłości, samotności, kryzysowi i rozpadowi stosunków międzyludzkich. Nie oznacza to jednak, że Antonioni odszedł od badań nad atrofią uczuć, wręcz przeciwnie, po prostu zmienił kąt patrzenia.
Tym razem „Zaćmienie” zaczyna się od rozpadu. Vittoria, grana oczywiście przez Monicę Vitti, rozstaje się ze swoim wieloletnim partnerem nie widząc sensu dalszego trwania w związku bez miłości (jakby była to pewna, ale nie do końca, kontynuacja „Nocy”). Samotność jednak jej nie służy, poznaje więc Piera (Alain Delon), maklera giełdowego, cynicznego kobieciarza, który na początku widzi w Vittorii pewne wyzwanie. Jednak czy związek kobiety po przejściach i mężczyzny z przeszłością ma jakąkolwiek szansę przetrwania?
Nie u Antoniego. W jego filmach miłość jest ulotnym momentem, kaprysem chwili, mglistym wspomnieniem. Miłość łączy ludzi, ale już nie ona podtrzymuje związek. Z kolei brak miłości jest przyczyną rozpadu związku. To pewien paradoks, co podkreśla Antonioni. Miłość jest przygodą, a przygoda nigdy nie trwa wiecznie. Z czego wynika ten fatalizm? Jak sam kiedyś Antonioni powiedział: „Dziś opowiadane historie są tym, czym są w rzeczywistości, nie mają początku ani końca, nie mają scen kluczowych, ani narastającej linii dramatycznej czy katharsis. Mogą się składać po prostu ze strzępów, fragmentów nie wyważonych, jak życie, którym żyjemy”. I takim fragmentem naszego życia jest właśnie miłość.
„Innymi słowy, myślę – mówił Antonioni – że jestem kimś, kto ma więcej do pokazania niż do powiedzenia”.
Tytuł „Zaćmienie” funkcjonuje tutaj na kilku płaszczyznach. W sensie alegorycznym, jako zaćmienie uczuć i relacji międzyludzkich. W sensie dosłownym – film kończy się sceną rejestrującą powolne zapadanie zmierzchu. W sensie kompozycyjnym – „Zaćmienie” jako zakończenie tryptyku (choć niektórzy krytycy nie zgadzają się z tą opinią i jeszcze zaliczają do całości „Czerwoną pustynię”).
Antonioni to drugi po Fellinim wybitny twórca włoskiej kinematografii. I podobnie, jak Fellini, Antonioni to niepoprawny moralista, który twierdził, że gdyby nie stał się reżyserem, byłby architektem albo może malarzem. „Innymi słowy, myślę – mówił Antonioni – że jestem kimś, kto ma więcej do pokazania niż do powiedzenia”.




