Intensywne kontrasty, wszechogarniający pesymizm, mrok, zgnilizna, rozpacz oraz deformacja obrazu… a wszystko to w myśl ekspresjonizmu, w myśli filmów Carla Theodora Dreyera. A wszystko to tutaj, u nas, w Europie – w „trylogii europejskie” Larsa von Triera…
Okrutnie pesymistyczny „Element zbrodni” z 1984 roku rozpoczyna „trylogię europejską”, jak i międzynarodową karierę Larsa von Triera. Wizja przyszłej Europy pogrążonej w mroku, zawiejach oraz zalanej wodami oceanu pełnego końskich trupów przyniosła von Trierowi nominację do Złotej Palmy w Cannes. Dodatkowo pesymistyczną atmosferę potęgują żółto-sepiowe filtry, które nadają obrazowi „brudną”, „zgniłą” barwę. „Element zbrodni” ma iście kryminalną akcję – seryjny morderca wybiera za swoje ofiary dziewczyny sprzedające losy na loterię. Śledztwo prowadzi inspektor Fisher, który wpada na trop wiodący go prosto do profesora Osborna – autora książki „Element zbrodni”… Film von Triera jest utrzymany w klimacie poetyki snu, gdzie trudno odróżnić sen od jawy, halucynację od rzeczywistości, a żółto-sepiowy obraz potęguje jeszcze wrażenie, że oto oglądamy nasz kontynent w stanie całkowitego rozpadu i gnicia…
W 1987 roku ma premierę drugi film z „trylogii europejskiej” – „Epidemia”. I w tym filmie kolejna katastrofa nawiedza Europę – szerząca się epidemia (widmo AIDS?), a Lars von Trier kolejny raz potwierdził, że jest wybitną indywidualnością europejskiej kinematografii. Minęły prawie trzy lata od nakręcenia „Elementu zbrodni”, ale w tym czasie von Trier nie próżnował. Nakręcił dzieło, w którym nie liczył się z żadnymi konwencjami gatunku, co nadało „Epidemii” bardzo oryginalny charakter i eksperymentalną formę. Oto bowiem Lars von Trier pokazuje nam autotematyczny obraz, którego bohaterami są sami twórcy tego filmu, czyli… von Trier oraz scenarzysta „Epidemii” – Niell Vorsel. To pewien rodzaju quasi-dokument, gdzieniegdzie przypominający „8 i pół” Felliniego. Jednak von Trier stworzył film, który nie sposób nigdzie przyporządkować. “Epidemia” jest tak niesamowicie nacechowana indywidualizmem, stylem von Triera i jego zabawą z formą, że nie ma wątpliwości, iż oto ten Duńczyk jeszcze sporo namiesza w europejskiej kinematografii…
„Trylogię europejską” Lars von Trier zamyka filmem „Europa” z 1991 roku. I tutaj von Trier, mówiąc kolokwialnie, „pojechał po bandzie”. Film ten jest dość podobny do dzieł Hitchcocka – oto bowiem zaraz po II wojnie światowej młody Amerykanin niemieckiego pochodzenia przybywa do ojczyzny swoich przodków i angażuje się na rzecz jej odbudowy. Dostaje pracę, jako konduktor pociągów ekspresowych i tam styka się z dywersją hitlerowskiego Wherwolfu, który walczy z Amerykanami wysadzając pociągi pełne… niemieckich pasażerów. „Europa” otrzymała Nagrodę Jury na Festiwalu Filmowym w Cannes i z całej trylogii to ona jest najbardziej utrzymana w klimacie filmów Dreyera oraz niemieckiego ekspresjonizmu. Dzięki „Europie”, jak i całej „trylogii europejskiej”, coraz częściej mówiono o Larsie von Trierze jako o alchemiku kina…




