“Chcesz się zwierzyć? No to się zwierzaj! No, zwierzaj się! Mam się w coś przebrać?
W czym byś mnie wolał? Kim mam być? Farinelli: pióra, brokat i blask papierowego księżyca. Nie. Farinelli: menstruacja w ustach. No, zajrzyj mu do gardła i zobaczysz, że pluje kodowanymi ariami ze strachu przed utonięciem we własnej ślinie. Zwierz się. Chcesz wiedzieć, co ma między nogami? Pióra na sprzedaż. Prosto z egzystencjalnego lumpeksu. W lustrze sam już siebie nie poznaje. Take something designed by nature and reprogram it. Kto to powiedział? Ja czy on?”
fragment tekstu ze sztuki “Farinelli”
W piątek na scenie kameralnej wrocławskiego Teatru Polskiego odbyła się prapremiera spektaklu Farinelli w reżyserii Łukasza Twarkowskiego. Porczyk w tej roli na długo zapadnie w mojej pamięci.
Bartosz Porczyk zabiera widza w podróż po najgłębiej skrywanych zakamarkach ludzkiej duszy, odkrywając przed nim raz po raz zaskakujące i nieoczywiste dotąd prawdy. Stajemy twarzą w twarz z człowiekiem pozbawionym jednego z najbardziej elementarnych atrybutów ludzkiej tożsamości – płci. Bo kimże jest wykastrowany mężczyzna, którego życie zostało w pełni podporządkowane muzyce, występom na scenach operowych i nieustannemu doskonaleniu głosu? Można rzec, że kastrat przestaje być człowiekiem, a staje się jedynie swoim głosem. Umiera chłopiec, a rodzi się kastrat, który przyszłości ma być wielką gwiazdą. Co jednak z jego jestestwem? Czy ktokolwiek się nad tym kiedykolwiek zastanawiał? Kim staje się mężczyzna pozbawiony męskości? Jak wygląda jego życie? Czy jest w nim miejsce na ja? O czym marzy, czego się boi, za czym tęskni Farinelli?
Na te pytana szuka na scenie odpowiedzi Porczyk, w pewnym sensie mentalny odpowiednik Farinellego, który po trzystu latach staje przed nami na teatralnych deskach, jak czynił to największy kastrat. Przez moment przebiega mi przez głowę jeden z utworów z płyty Porczyka:
kim jesteś pytam gdy patrzysz
twarzą niczyją i wszystkich
który mój uśmiech prawdziwy
nie na estradę dla bliskich
dlaczego pytasz człowieku
nawet ja nie wiem z kim sypiam
bo twarzy mam więcej niż zmarszczek
przed tobą do odkrycia
Oto i Porczyk – aktor, artysta, poszukujący swego miejsca w świecie, próbujący odkryć swoje powołanie, swoją artystyczną tożsamość. Na scenie Farinelli to on. Artysta. Chcąc w pełni wcielić się w granych przez siebie bohaterów, musi najpierw wykastrować swoją psychikę, by zrobić w niej miejsce dla swoich bohaterów. Jak jednak daleko sięgają granice artystycznych poświęceń? Czy można jednocześnie pozostać sobą wcielając się codziennie w kogoś innego? A może to jest prawdziwe oblicze artyzmu? Może w życiu artysty nie ma miejsca na pierwotne ja? Może aktor nigdy nie będzie już do końca sobą? Może największym jego marzeniem jest, jak sam wykrzykuje ze sceny: być pierwszą w Polsce intelektualno-muzyczną kurwą? Miotając się w hermetycznym pomieszczeniu studia nagraniowego, w jakie została zmieniona scena, próbuje znaleźć wyjście z miejsca, które go uwięziło, chociaż faktycznym jego więzieniem jest jego umysł – to tam artysta dokonuje przemiany z siebie w swoich bohaterów, scena pozostaje sceną – miejscem spotkania z widzem, przed którym obnaża swój umysł i ciało, również w dosłownym sensie.
Dokąd podąża Porczyk-Farinelli w swoim monodramie? Czego oczekuje od widza? Czy jest to jedynie eksperymentalny spektakl stający się instalacją mentalną, która ma go zmusić do podążenia za słowem artysty? Czy to, co ma nam do powiedzenia jest w pełni zrozumiałe dla każdego? Czy znowu będzie miał poczucie niezrozumienia, wyalienowania w swoim widzeniu i rozumieniu świata? Co pozostało w nas po wyjściu z teatru? Czy znowu większość potwierdzi obawy artysty i jedyne, co będzie w stanie powiedzieć, to że ładnie było? Porczyk chwyta widza gardło, potrząsa nim i krzyczy: to ja, artysta, czy mnie rozumiesz?! A my, nawet jeśli nie w pełni rozumiemy, to pozostajemy pod wrażeniem i w pełnym podziwie.









