Pasja… Czym jest? Pasję się ma. Pasję się uprawia, dąży do niej, zanurza się w niej, o nią walczy, niekiedy – podporządkowuje się jej inne sfery życia. Ale opisywać pasję?… To tak, jakby próbować malować dźwięki, smakować kolory, słuchać obrazów. Trudne, ale… w porządku. Możliwe… Zatem spróbuję opisać jedną z moich pasji. Podzielę się nią. Tak, to brzmi lepiej.
Moja pasja powoduje, że czuję wokół piękno i magię, a w sercu- ciepło. Lubię się nią dzielić z przyjaciółmi, dodaje mojemu życiu barw, przynosi natchnienie. Mój osobisty demiurg pewnie jest elfem, ponieważ układam bukiety. Pasjami. Bukiety są różne. Jeśli z kwiaciarni – nigdy nie pozwalam, aby zrobiono je za mnie, nie kupuję gotowych banalnych „zestawów”. Tych niebanalnych – też nie kupuję. Miałabym oddać komuś przyjemność tworzenia i jeszcze za to płacić?! Nawet jeśli za moment muszę się z nimi rozstać… Zatem, jeśli już trafię do kwiaciarni, spędzam w niej dłuższą chwilę. Robię przegląd całego asortymentu – i nie myślę tu wyłącznie o kwiatach. Oglądam także ozdóbki, sznureczki, maskotki, listki, doniczki, flakoniki… Wiele zależy od celu i okazji wykonania bukietu (jeśli w ogóle jest), osoby, dla której ma być przeznaczony, a także od: dnia, nasłonecznienia lub zachmurzenia, pory roku, mojego nastroju i oczywiście – zasobów kwiaciarni.
Bywa, że efektem szalonych i ekscentrycznych eksperymentów, wywołujących zdumienie lub tłumiony chichot florystyki, jest ascetyczny bukiet z charakterem. Ale niekiedy wychodzę z bukietami pełnymi krasnali, koralików, obwiązanymi apaszką lub wkomponowanymi w szkatułkę z pozytywką.
Jednak najbardziej lubię polne bukiety. Robię je o każdej porze roku. Także w zimie. Nie pogardzę suchym badylkiem, gałązką, chwastem czy ziółkiem. Odbywa się to mniej więcej tak: spaceruję sobie, rozmyślam… Nie, żebym celowo po bukiet się wybrała…
Ale rzadko bez bukietu wracam… To się dzieje samo… To tak, jakby „bukieciarstwo” wybrało mnie, a nie ja je. Najlepiej myśli mi się na powietrzu. Ściany mnie dekoncentrują. Idę więc, a tu nagle zza zakrętu wyłania się polna piękność… I już wiadomo, że będzie zaczątkiem kompozycji. Od tego momentu inne „składniki” wręcz narzucają się, jakby krzyczały: „ja, ja! Ja pasuję! Jestem idealny(a), empatyczny(a), mam wysoki poziom inteligencji emocjonalnej i asertywności, jestem indywidualnością, ale rozumiem doskonale zasady grania w jednej drużynie”. Dokonuję więc starannej selekcji i bukiet pod koniec spaceru jest gotowy. Niekiedy, już w mieszkaniu, dołączają do niego domownicy – np. owoce, liście laurowe. Czasem kompozycje się zasuszają i robią się nieco inne, ale także interesujące.
Co ciekawe, moje problemy, które chciałam przemyśleć podczas spaceru, często okazują się łatwe do rozwiązania. Być może sposób na nie znajduje się w szeptach traw….





